Galeria

Jeżeli Albania ma być Kubą Europy to Tirana musi być jej Hawaną


Jeżeli Albania ma być Kubą Europy to Tirana musi być jej Hawaną 
( cyt. z Wojciecha “Kaniona” Grzesioka )

To prawda, że Tirana stanowi dla przybyszów z Polski tajemnicę. Poszukując informacji o Tiranie trafiamy na mur. Nie ma zbyt wielu aktualnych i przejrzystych informacji na temat miasta, jego historii i specyfiki.
Postanawiam jedna spróbować odnaleźć się w mieście, które Wojtek Grzesiok, podróżnik i alpinista, chce widzieć przez pryzmat egzotycznej Hawany.

Pierwszy dzień w Tiranie.
Lądujemy na Rinas, lotnisku zbudowanym zaledwie kilka lat temu. Nowe i świeże. Małe.
Po co wielkie lotnisko w kraju, który ma zaledwie 3 miliony mieszkańców. Tirana liczy około 800 tysięcy mieszkańców. Współpasażerowie w samolocie to Węgrzy, Austriacy i Albańczycy.
Przyjechał po nas Pan Leonard i albański kierowca. Wraz z grupą osób, które zdecydowały się na „ryzykowny” wyjazd do kraju gdzie „mordują, gwałcą i zabijają” (albo odwrotnie), przechodzimy odprawę paszportową. Jedna z osób zorientowała się, że nie posiada paszportu. Na Węgrzech nie był potrzebny, więc nie zauważyła. Podaje więc polski dowód osobisty. Ok, ok mówi pogranicznik. Okazuje się, że od 1 kwietnia 2009 roku można przekraczać granicę z Albanią na podstawie polskiego dowodu. Po chwili pozostali członkowie grupy wyciągają dowody i dla zabawy przekraczają granicę „na dowód”. Czuję się dumny, że granicę pokonaliśmy tak łatwo, a moi goście, od pierwszego kroku w Albanii, nie napotykają przeszkód. Z lotniska można dojechać do Tirany taksówką, za ok. 2500 lek lub autobusem odjeżdżającym do centrum o każdej pełnej godzinie. Koszty, w tej drugiej opcji to zaledwie 250 lek, czyli niecałe 2 uro, lub mniej niż 8 zł. (1 Euro to 130 LEK; 1 PLN to 33 LEK.) 
Wsiadamy i jedziemy do centrum. Przejazd zajmuje około 40 minut, zależy od korków i fantazji albańskich kierowców. Dziś wyjątkowo nie fantazjują. Atmosfera ulicy to żywcem wyjęte Saloniki. Chaos i porządne zamieszanie. 
Sporo samochodów na poboczu drogi. Wyprzedzanie z dowolnej strony i ruch pieszych, wprost w kierunku pędzących samochodów, które nie mają ochoty się zatrzymać.
Dojeżdżamy na Rruga Elbasanit, pod numer 85, wchodzimy do hostelu Backpaker Tirana. Ładna willa z ogrodem, zewnętrzną kuchnią (w oddzielnym pawilonie) i jadalnią. Goście z Polski dostają tam pokój 6-osobowy z własną łazienką, wyposażony w piec olejowy, jest więc możliwość „dogrzania” się gdy chłód na dworze. Temperatury nie są niskie, przecież to już luty! W ciągu dnia bywa nawet plus15 stopni, a w nocy temperatura spada do 7 może 5 stopni.
Pomarańczom na drzewach to jednak nie przeszkadza.

Głód! Jeść, jeść!!!
Leonard Zissi, nasz doświadczony przewodnik i żywa historia stosunków polsko albańskich, pyta:
- No co, idziemy?  
To znaczy, że iść trzeba! 
Nikt nie śmie protestować, dyscyplina jakiej się nie spodziewałem. Leonard opowiada trochę o sobie, o czasach, w których przyszło żyć Albańczykom, o Enverze Hodży i relacjach polsko- albańskich w latach ubiegłych. Postanawiamy dokończyć rozmowę w restauracji MRIZI I ZANAVE, znajdującej się tuż przy Moście Garbarskim. 
Restauracja jest elegancka, urządzona ze smakiem, choć bez przepychu. Właściciel Arni Redza i jego syn Bledar, który pełni w MRIZI I ZANAVE rolę szefa kuchni, przyszli do nas opowiedzieć o potrawach charakteryzujących kuchnię północnej Albanii. 
Sporo warzyw, mięs, sosów i ciekawych połączeń, które dla naszych żołądków są istną poezją. Po locie i nieciekawym, pakowanym próżniowo jedzeniu pokładowym, kolacja w Mrizi jest jak sen: fli - placek  z ciasta  z mąki kukurydzianej bądź pszennej, nie słodki z przyprawami, suxhuk vici, czyli czerwona kiełbasa cielęca z okolic Valbony. Szczególnie dla pożeraczy mięs atrakcyjna okazała się pasterma, czyli suszone mięso cielęce podawane jako zakąska do doskonałej Raki. Znakomita zupa krem lub sos maze ziera. Niestety odpędzili mnie od niego i nie zdążyłem przesłuchać szefa kuchni co jest w środku. Najciekawsze wydało mi się połączenie sosu śmietanowego i papryki, podawane pod nazwą speca me ajke qumeshti.
Tymczasem zeszliśmy na rozmowę o znanym w Albanii polskim geologu Stanisławie Zuberze. Okazuje się, że jest projekt budowy popiersia Zubera, w jednym z miast, które rozwinęły się dzięki jego badaniom prowadzonym w Albanii.
Toast za powodzenie wznosimy albańskim, czerwonym winem... 

Kolejna uczta -Villa 31
Tym razem kuchnia Albanii południowej. 
Atmosfera wnętrza przypomina znane z Polski lokale góralskie. Pomyślałem o moim dawnym przyjacielu, ksywa “psiocha”, który dla znajomych był Albańskim Zbójem. Nie wiem, dlaczego tak go nazywaliśmy.
Wystrój lokalu drewniany, obladry na ścianach i otwarty kominek. W karcie szukamy lokalnych potraw. Zaglądamydo menu. Nazwy nic nam nie mówią, ale pytamy właściciela Erhalda Zeku, który znakomicie mówi po angielsku. Rekomenduje nam potrawy typowe dla okolic Tirany. Restauracja serwuje specjały kuchni południowej Albanii: decydujemy się spróbować.
Zamawiamy djath i bardh zgare ne alumin - pieczony w folii aluminiowej ser z pomidorami i ziołami, speca me djath ne tigan - paprykę grilowaną z serem i oczywiście polecany przez Erhalda te brendshme ne tigan me djath, czyli delikatne mięso zapiekane z serem. Niektórym z nas podano coś czego nie ma w karcie - fargass tirane. To danie jest typowe dla Tirany i nie ma niczego innego, co z tym miastem można by lepiej skojarzyć. Podawane w gorącym naczyniu glinianym przypomina gęsty sos, zapieczony z serem. Jem go łyżką. Do tego woda, wino i na koniec doskonała kawa. Ciekawą ofertę stanowią zupy, podawane z cytryną i jajkami. Spróbowaliśmy! Na koke qingji, czyli głowę owcy nikt się nie decyduje. 
Całość kosztuje nie więcej niż 10 euro a przy okazji posiłku Erhald wyjaśniał nam subtelne różnice pomiędzy kuchnią Albanii północnej i południowej, ale także opowiadał o starożytnym ludzie Ilirów, zamieszkujących te ziemie kilka tysięcy lat wcześniej od Greków czy Rzymian.  

Grzegorz Deręgowski

Dlaczego Albania? / Nurkowanie / Noclegi / Dojazd / Cennik / O nas / Galeria / Kontakt

Polska Baza Nurkowa Albania - Saranda