Galeria

Albania, jedno z najbardziej tajemniczych państw Europy...


Albania, jedno z najbardziej tajemniczych państw Europy, od dawna odcięte jest ścianą zbudowaną z błędnych ocen, podejrzeń, przypuszczeń i uprzedzeń. Winą za to z pewnością obarczyć można Envera Hoxhę, komunistycznego przywódcę rządzącego państwem przez pół wieku bez mała. Jak wielu podobnych mu watażków był nieźle wykształcony (choć studiów rozpoczętych na wydziale prawa uniwersytetu w Montpellier nie skończył) i otrzaskany z krajami zachodniej Europy (od 1930 do 1936 mieszkał we Francji i Belgii, sporo podróżował). Jego współpracownicy oceniali go nisko, ale musiał mieć i charyzmę, i dar przekonywania, i siłę perswazji, skoro udało mu się sprawować tak długo władzę w kraju bądź co bądź przywiązanym do wielowiekowych tradycji i religijnych nakazów.

Hoxha, przekonany stalinista, odciął Albanię na długo od reszty świata. Miała być samowystarczalna w obliczu czyhających na nią zagrożeń – kapitaliści, to jasne, ale także wspierający Albanię przez długie lata Rosjanie i Chińczycy. Miano go wszędzie za paranoika, samych Albańczyków cechują mieszane uczucia. – To był w gruncie rzeczy cwany facet – kręci głową Leonard Zissi, dawny dyplomata, radca handlowy ambasady w Warszawie, z Polską związany rodzinnie. Zissi mówi świetnie nadwiślańskim narzeczem, jego polski jest świeży, wyczulony na zmiany, reaguje bezbłędnie na dowcipy i żarty. – Hoxha, można powiedzieć, wymanewrował Albanię z pułapek zastawianych najpierw przez Mussoliniego, a później Titę. I jeden, i drugi miał zakusy wobec naszego kraju – tłumaczy. – Obiecywali nam złote góry, wsparcie, pomoc, inwestycje, obronę, byle tylko przyłączyć się do Italii albo Jugosławii. A dla nas, starodawnych Ilirów, to przecież niewola, oddanie niezawisłości…

Iliria była starożytną krainą. Grecy twierdzą, że skolonizowali ją przed naszą erą (w VII i VI wieku), według Albańczyków to oni pokazali Hellenom, jak okrągłe jest koło. Śladów wspólnej historii nie brak po obu stronach granicy. Pewne zaś jest to, że oliwki i winorośl owocują bogato i tu, i tam.

Ekrem Bardha, który jest właścicielem jednej z najlepszych prywatnych winnic w Albanii (Kantina Bardha w Marikaj, 35 km na południe od Tirany), dorobił się w Ameryce, dokąd jego rodzina uciekła w 1950 roku. Wrócił pół wieku później, wykupił łagodne zbocza, na których równie dobrze rosną winne krzewy i drzewka oliwkowe. Przed niskim, wkomponowanym w otoczenie budynkiem biurowym posadził grubą oliwkę, która ma ponoć tysiąc lat z okładem. Rozpadła się na dwie części, trzeba je było wzmocnić cementem, ale z pozornie martwego pnia wciąż strzelają w górę sztywne listki w kolorze… oliwkowozielonym, inny być nie może.

Sommelierlier, przyznaje, że produkcja nie jest duża, raptem 10 tys. butelek. Produkcja krajowa to 2 mln butelek – oficjalnie, Albańczycy nie prowadzą bowiem zbyt ścisłej kontroli, zaś rakiję pędzi się chyba w każdym gospodarstwie. Prezentuje trzy gatunki wina – czerwone cabernet i mavrud oraz biały shesh. Od zawsze piję czerwone wino, ale tym razem wybieram białe – shesh jest łagodny choć zdecydowany, ma posmak owoców i taką akurat zawartość alkoholu, by móc się nim długo delektować. Etykietę zdobi dwugłowy orzeł, godło kraju. Albańczycy umieszczają go wszędzie bez oporów, przypominają w tym Anglików, którzy multikolorowym Union Jackiem gotowi są zdobić zarówno ogony samolotów, jak kubki do herbaty i bawełnianie t-shirty. 

Nie brak ich w Tiranie, stolicy kraju. Czerwona flaga z czarnym ptakiem o dwóch głowach obecna jest wszędzie, nie zauważyłem jej tylko w meczecie. Państwowego godła nie wstydzą się ani sprzedawcy na targu, ani wylaszczone panienki spieszące na zabawę w jednym z wielu tirańskich nocnych klubów. To niezbyt precyzyjne określenie, przyznaję – nocne kluby są, a jakże, podobnie jak i kasyna (choćby w największych hotelach), ale laski bawią się w otwartych nieraz do ostatniego gościa licznych „klubach z wyszynkiem”, jak można by je nazwać. Najwięcej – i najciekawszych – można ich znaleźć w Blokku, niedostępnej przez lata dzielnicy dyplomatów i partyjnych bonzów, pilnowanej na każdym rogu przez milicję. Mieszkał tu Hoxha (jego willa, rozbudowany jednopiętrowy klocek, nie wytrzymuje porównania z domami bogatszych Polaków), dziś znajduje się tu oficjalna rezydencja premiera (prywatnie mieszka w bloku nieopodal uniwersytetu), nadal połączona z domem Hoxhy podziemnym pasażem. A wokół – butiki, salony urody, restauracje, kawiarnie, kluby, butiki, salony… Parkują przed nimi samochody, jakich nie spotkałem w innych europejskich stolicach. Ktoś przedsiębiorczy powinien zorganizować wycieczkę dla naszych karków, by zobaczyli, co to naprawdę są wypasione bryki. W klubach gra nieprawdopodobna muzyka – zjeżdżają się wykonawcy z różnych krajów i różnych gatunków, didżeje wyczyniają cuda. Jest wszystko, etno, world, jass, pop, funk, rap, hip-hop, reggae, nawet jakiś zapiewajło do kotleta się trafi. Słyszałem przed laty na żywo Marleya i Tosha, grali muzykę niezwykłą, zaangażowaną, ostrą – ale w Tiranie wysłuchałem reggae z nutką romantycznej skargi. Nie-sa-mo-wi-te, man…

Piliśmy w tym klubie tanie (bo ceny są niskie) piwa z całego świata, były także cocktaile, jakieś drinki, alkohole niemieszane. Albania jest krajem muzułmańskim, ale w stolicy nikt nie zwraca na to uwagi. Alkohol można kupić w każdym sklepie, restauracji, kafejce, na targu w plastikowych butelkach po wodzie mineralnej sprzedawana jest lokalnie pędzona rakija i jakieś tajemnicze „kabernety” z gwarancją sponiewierania konsumenta. Nie widać jednak na ulicy pijanych, nawet z zamykanych nad ranem przybytków wszyscy wychodzą o własnych siłach. No, ale też tańczy się w nich ile mocy w nogach. A potem wsiada do wypasionych bryk…

 

Islamska przeszłość ujawnia się właśnie na ulicy. Nie zdradzają tego kobiety – więcej owiniętych chustami muzułmanek spotykam co dzień w warszawskim metrze niż na tirańskich deptakach. To mężczyźni dają świadectwo przeszłości. Ich grupki wystają na rogach ulic, przed kafejkami, przy wejściu do wąskich uliczek z tysiącem handlowych kramów. Czasem rozmawiają, najczęściej patrzą w milczeniu. Dłonie owija im tespih, muzułmański różaniec o 33 paciorkach pomagający przywołać 99 imion proroka. Paciorki przesuwają się błyskawicznie, mężczyźni spoglądają zdecydowanie, nie odwracają wzroku. Niektórzy kucają przy krawężnikach, gotowi do rozpoczęcia rozmowy. W podcieniach kafejki przy ulicy – przy każdej ulicy, nie ma sensu wymieniać ich nazw – starsi panowie grają w szachy i domino, otoczeni zaangażowanymi kibicami. Tu już nikt nie pamięta o różańcu, przesuwają się jedynie figury i kostki na stole.

W pochodzącym z końca XVIII wieku centralnym meczecie Tirany, sąsiadującym z nieco zapuszczonym gmachem opery, w której właśnie prezentowano „Traviatę”, zwiedzających przyjmuje młody człowiek w uniformie. Trudno ustrzec się wrażeniu, że każdy „funkcyjny” ma jakiś mundur – na albańskich ulicach i drogach pełno milicjantów, wojskowych, członków służb porządkowych, prywatnych straży, pracowników ochrony, przeróżnych ochroniarzy o pogardliwej aparycji. Nawet hotelowi ciecie wydają się nosić jednakie uniformy w dziwnie śliwkowym odcieniu… Woźny w meczecie jest uśmiechnięty i gościnny, przypomina o zdjęciu butów, ale nie jest służbistą – gdy znajomy fotograf łakomie spogląda na przeznaczony dla kobiet balkon, skąd chciałby robić zdjęcia, Albańczyk zaprasza go szerokim gestem.

Na dywanach siedzą starsi mężczyźni, studiują Koran, modlą się, rozmyślają z zamkniętymi oczyma. Może śnią o raju pełnym powabnych hurys, które akurat szykują się na wieczorne tańce w Bloku… W liczącej 3,6 mln mieszkańców Albanii niemal 65 procent to muzułmanie bektaszyci wywodzący się z tradycji sufickiej. Przed wiekami bektaszytów prześladowali inni mahometanie uważając ich za heretyków, Hoxha demokratycznie zabronił wszystkich religii, gdy w 1967 r. mianował Albanię pierwszym państwem ateistycznym. Dopiero w latach 90. wspólnoty religijne zaczęły się odradzać. 

Przed mihrabem (głównym ołtarzem) klękają nastoletni chłopcy, pochylają się w modlitwie. Gdy pytam Leonarda Zissiego, w jakim języku się modlą, mówi: – Na pewno nie po arabsku, szkoły koraniczne to już przeżytek. Koran dawno już został przetłumaczony na albański, to dziś język naszych muzułmanów. Ale muezin – dodaje – wzywa do modlitwy po staremu.

Wkładam buty i wychodzę z meczetu. Na schodach mijają mnie dwaj młodzi mężczyźni w płaskich białych biretach. Uśmiechają się szeroko i witają: „Salam”. Odwracając się widzę, jak opadają na kolana. A ja zapinam kurtkę i kieruję się w stronę Blokku. Po drodze mijam urząd do spraw uchodźców i, po drugiej stronie ulicy, komendę policji. Nieoczekiwanie dopada mnie uczucie déjà vu – skądś znam te budynki, całe to otoczenie. Po chwili już wiem: tak wygląda osiedle na tyłach weneckich Giardini, tam gdzie zbudowano po wojnie stadion. Nic w tym dziwnego, to Włosi odpowiadają za urbanistyczny schemat Tirany. Centralnie położony plac Skanderberga, narodowego bohatera, jest po prostu otwartym skwerem, ale budynki, które go otaczają, mają urok międzywojennego miasta – niby jednakie a różniące się szczegółami, mieszczące różne rządowe placówki i urzędy, zaprojektowane mądrze, bez przepychu, ale, powiedzieć można, dobitnie. Nie ma się wątpliwości, jaką funkcję pełnią.

Jedynym chyba dziś gmachem, który zagubił własną tożsamość, jest Piramida, ostentacyjna budowla w centrum miasta, jaką Hoxha zostawił na wieczną rzeczy pamiątkę. Tak w każdym razie myślał, ale dziś jego mauzoleum nosi wdzięczną nazwę „Mumja” i faktycznie przypomina trupa. Zaprojektowała je dla papy córka Pranvera, z zawodu architekt. Złośliwcy twierdzą, że Enver wykorzystał dziecięcy rysunek córeczki… Planowane tu centrum kultury długo jeszcze musi czekać, brak na razie pieniędzy i jednoznacznych ustaleń.

W Tiranie, mieście gęsto zaludnionym – niemal 800 tys. mieszkańców – ale niezbyt obszarowo dużym, nie brak miejsc proszących się o natychmiastowe wsparcie. Przy bulwarze Deshmoret e Kombit, szerokiej, wysadzanej platanami ulicy, która dochodzi do placu Skanderberga w centrum miasta, stoją zapuszczone budynki, w których aż marzą się hotele. Ale przed budynkami stoją małe strażnicze budki – ktoś już tu ma baczenie, niebawem te zrujnowane posesje warte będą miliony euro. 

Inwestorów i inwestycji nie brak, miasto oglądane z Kopile ( Wzrórza Bohaterów ) ujawnia niezliczone place budowy. Trochę w tym chaosu, ale czy Warszawa powstaje według jakiegoś planu? Zaś w Tiranie władze potrafią reagować ostro, gdy dochodzi do budowlanej samowolki – obok mego hotelu stał nowy 10-piętrowy budynek, którego parter i dwa piętra nad nim wyglądały niczym zniszczone wybuchem. Czyżby zamach bombowy? Nic takiego, uspokaja Zissi – inwestor zabudował przejście łączące dwie ulice. Gdy odmawiał wprowadzenia zmian, szykując budynek do wynajmu, miasto wysłało ciężki sprzęt, by wymusić przeróbki. W parter wjechał spychacz, reszta posypała się sama… – I co, zabrał się do przebudowy? – pytam. Na razie zwinął interes, dowiaduję się.

Takie radykalne działanie jest czasem niezbędne. W Blokku co wieczór pojawiają się patrole drogówki, by bezlitośnie odholowywać zastawiające drogę samochody. Zgodnie z tradycją, po prawej stronie ulicy auta parkują, po lewej się zatrzymują, a w środku stają te, których kierowcy chcą pogadać z tymi już nieruchomymi. I to wszystko w kraju, w którym za rządów Hoxhy prywatne auta były w ogóle zabronione – jeździł transport publiczny, samochody przyznano kilku lekarzom. Teraz każdy chce mieć jakiś, najlepiej merca. I, niczym za zrządzeniem bajkowej wróżki, merców jeździ najwięcej. 

Szczyt Kopile, stołecznego cmentarza zasłużonych, „zdobi” monument Nënë Shiperi, Matki Albanii, typowy dla socjalistycznej przeszłości. O zerwaniu z nią świadczy fakt, że z cmentarza usunięto grób Hoxhy. Jeszcze wyraźniej  przejście do kapitalizmu podkreśla gęsta willowa zabudowa na zboczu wzgórza. – Tu kiedyś rosły lasy – zatacza ręką koło Sadik Malaj, szefujący lokalnemu zrzeszeniu biur podróży. – No, ale to zbyt cenne działki, by zostawić na nich drzewa. Niestety… – rozkłada ręce.

 

Grzegorz Sowula

Dlaczego Albania? / Nurkowanie / Noclegi / Dojazd / Cennik / O nas / Galeria / Kontakt

Polska Baza Nurkowa Albania - Saranda